• Home Exchange
  • Vacation Rentals
  • B&B

Choose from over 15 000 listings worldwide! Join our worldwide network today!

 

Wyprawa na Jawę
- część czwarta -

Reported by Darek Strzelecki© All rights reserved.

Borobudur - największa świątynia buddyjska na Ziemi

Przed siedemnastą słoneczny talerz na równinie Kedu jakby mniej agresywny. Z wydartego szponom dżungli obszernego placu, upiększonego pedantycznie wystrzyżonym trawnikiem, palmami i alejami, droga ku największej na Ziemi buddyjskiej budowli z przełomu VIII i IX wieku. Pomysł władców z dynastii Śailendrów, dzieło Gunadharmy. Architektoniczne wyobrażenie trzech elementów religijnych: stupy, czyli relikwiarza i symbolu obecności Buddy, Meru – złotego szczytu, na którym spoczywa wszechświat, wreszcie mandali – połączenia kwadratu i koła, obrazujących łączność nieba, nieskończoności oraz ducha, z tym, co materialne. I właśnie pięcioma tarasami w kształcie kwadratów, z których najniższy, największy, ma podobno bok o długości 111 metrów, przypadkowi turyści śpiesznie podążają na szczyt. Wbrew niepisanej teorii, ze każdy człowiek w stronę symbolicznej doskonałości, stanu wyzwolenia - nirwany, powinien piąć się etapami, poznając poszczególne szczeble wtajemniczenia. Te tajemnice warto posmakować. Na pierwszym poziomie warto pójść w lewo, jak nakazuje procesyjna ścieżka, dookoła, dopiero później na następny taras, i znowu wokoło, znowu kolejnymi poziomami, aż do osiągnięcia okręgów z dzwonowatymi, ażurowymi czaszami i zwieńczającej całość świątyni, dagoby. Kilkukilometrowa wędrówka w ciszy. Wbrew tkwiącym w człowieku stadnym odruchom. Bez towarzystwa japońskich, australijskich, czy europejskich grup. One są już na szczycie i poszukują odpowiedniego miejsca dla fotograficznych ujęć.

Borobudur przypomina schodkową piramidę. Z rzadka zdobią ją wygrzewające się w Słońcu jaszczurki. Także 1460 kamiennych reliefów ze scenami życia i nauk Buddy, ożywiają jej ściany. Tysiące lat budowla stała gdzieś w gąszczu, pod wulkanicznym pyłem z pobliskiego Merapi w zapomnieniu. Aż do 1814 roku, gdy brytyjski gubernator Jawy Sir Thomas Raffles, późniejszy założyciel Singapuru, nakazał „znalezisko” ukazać światu.

Kamienne dzwony z iglicami, u szczytu świątyni. Na trzech poziomach odpowiednio 32, 24 i 16 dagob, zwanych popularnie stupami, w środku których posągi medytującego Buddy oraz ostatnia, ta największa, zwieńczająca całość trzydziestometrowej świątyni. Oto osiągamy „Królestwo Ducha”…
 
Przy wyjściu z terenu historycznego kompleksu, kolejki ludzi. Turyści żądni przejażdżki na słoniu, wspinaczki w specjalnych szelkach na palmę, czy fotografii za 5 dolarów z boa dusicielem na szyi…

Dżogdżakarta i okolice

Poranek w Dżogdżakarcie zapowiada piękny dzień. W planie Prambanan - „Smukła Dziewica”. Wymagający kondycji kompleks świątynny Hinduistów z IX wieku. Pół godziny jazdy w kierunku miasta Solo, dawnej Surakarty…

Na otwartej przestrzeni z daleka widoczne zwieńczenia najwyższych obiektów archeologicznego zespołu. Masywne i strzeliste niczym europejskie budowle gotyckie, majestatyczne kaplice Śiwy – Niszczyciela, Wisznu – Obrońcy, Brahmy – Kreatora, oraz niższe, stojące naprzeciwko i poświęcone wierzchowcom wspomnianej Trójcy, odpowiednio, Nandina - Byka, Garudy - Orła oraz Agastii – Łabędzia. Największa z kaplic, poświęcona Śiwie, osiąga 43 metry wysokości. „Gigantyczne, płomienne sterczyny”, określenie najbardziej odpowiadające temu, co widać. Ściany kaplic to ciemnoszare, kamienne reliefy ze scenami z „Ramajany”. Ich tematyką są dzieje Kryszny i Ramy, perypetie jego brata, porwanej przez demona Rawanę żony, a także ich wiernego towarzysza Hanumana.

Wnętrze kaplicy Śiwy. Półmrok. Światło świec. Woń kadzideł i pielgrzymi….
Kilkaset metrów dalej swoje domy modlitwy mają też buddyści. Zespół świątynny Sewu, jest drugim po Borobudur największym buddyjskim miejscem modlitwy na Jawie. Obecność hinduistów i buddystów jest rezultatem dawnego, przedislamskiego podziału tej części Jawy pomiędzy rody Sanjaya – hinduistów i Śailendra – buddystów. Świątynie różnych religii, oto dokumenty na zawiłe dzieje kraju w kulturowym tyglu, gdzie mimo dominujących i wszechobecnych dziś meczetów, jest należne miejsce na tolerancję i ochronę tego, co inne, co stanowi o historycznym bogactwie i wrażliwości współczesnej Indonezji. Temu, co materialne kres istnienia wyznacza tu jedynie natura, choć i to nie koniecznie. Co zrujnował żywioł, ciągle odbudowuje człowiek.
 
Dżogdżakarta, stolica półautonomicznej prowincji, to ponad pięciusettysięczne miasto, określane jako centrum jawajskiej kultury. Tworzy je między innymi znajdujący się na jego terenie sułtański pałac, zwanym Kratonem, czyli „miejscem, gdzie mieszka król” (ke-ratu-an). Enklawa rządząca się niezależnymi od reszty państwa zasadami. Tradycyjne zwyczaje, stroje, służba, artyści, błazny, dworzanie…. W sumie ponad dwadzieścia pięć tysięcy mieszkańców, żyjących jakby w innym świecie, w warunkach lepszych niż przeciętny Jawajczyk. Tutaj pracę znajdują malarze tworzący portrety sułtańskiego rodu, poeci, pisarze, czy wreszcie muzycy, którzy stare jawajskie rytmy prezentują o ustalonym czasie gościom, pod zadaszoną częścią dziedzińca. Dla niewprawnego ucha, niczym kocie jęki i zawodzenie. Zespół kobiet w czerni, odtwarza nieharmonijnie brzmiące dźwięki zapisane w zeszytach muzyków arabskimi cyframi. Jawajski gamelan. Zestaw bębnów, gongów i różnych ksylofonów, zestrojonych do siebie i stanowiących niepowtarzalną całość. Doświadczenie niedostępnej dla ucha Europejczyka, muzyki na żywo.

W muzeum Kratonu uwagę absorbują dwa holenderskie powozy konne, zwane tu „Złotymi karetami”, lektyka, oraz pamiątki po sułtanie Hamengkubuwono IX, postaci czynnej w życiu politycznym, narodowym bohaterze w walce o uzyskanie niepodległości przez Indonezję 17 sierpnia 1945 roku. Wdzięczność państwa, poprzez utrwalenie autonomii istniejącego od 1755 roku sułtanatu i jego wizerunku jako symbolu - forma wdzięczności państwa, jest tym, z czego najbardziej dumny jest gospodarz i na co pragnie najbardziej ukierunkować percepcję gości.

Większe przejęcie wzbudza teatrzyk cieni, stanowiący nie tylko znak rozpoznawczy Dżogdżakarty, ale całej Jawy, czy nawet kraju. Tu w silnie zacienionym pomieszczeniu próbka możliwości miejscowych aktorów kukiełkowych wayang purva, z płaskimi, skórzanymi postaciami o ruchomych „w stawach” kończynach i głowie. Sceną jest płócienny ekran znajdujący się na środku sali. Widzowie znajdują się z obu jego stron. Ci z tyłu, widzą siedzącego na ziemi aktora–narratora i poruszane przez niego kukiełki za pomocą patyczków. Drudzy mogą przyswajać nadal aktualne, głębokie myśli filozoficzne z treści indyjskich epopei. Gamelanowa muzyka znowu na żywo.

Wszystko, czego w Kratonie człowiek doświadcza, jest jedynie namiastką wielkich ceremonii, zabaw, festiwalu składania ofiar zwanego Sekaten, poprzedzających symboliczny, majowy dzień rocznicy urodzin proroka Mahometa. Szczęśliwie, drzwi królewskiego pałacu nie są otwarte jedynie w święta.
 
Spacer do znanej w Dżogdżakarcie manufaktury batiku przy ulicy Tirtodipuran 48, stanowi nieodłączną część poznawania miasta. Olbrzymia hala, przypominająca po części warsztat chemiczny, po części pralnię. I mistrzowie sztuki barwienia tkanin za pomocą płynnego wosku. Prości, skromni, od czasu do czasu rzucają przyjacielskie spojrzenie na kolejnych przybyszów. Manufaktura batiku. Specjalnymi pojemniczkami z rurkowatą końcówką, przez którą spływa parafina, uzdolnieni w rysunku prości ludzie, tworzą motywy kwiatowo - abstrakcyjne. Często z wykorzystaniem miedzianych stempli nanoszących gotowy wzór dekoracyjny. Sekret batiku to również wiedza dotycząca mieszania barw. Po nałożeniu wosku na tkaninę i włożeniu jej do kadzi z farbą z naturalnych składników, określone zabarwienie dostaje się w niezalane miejsca. Kolejna warstwa wosku, i następna „kąpiel”, i tak dalej. Ich ilość w różnych farbach zależy od stopnia skomplikowania kolorystycznej gamy na przyszłych obrusach, spódnicach, czy chustach. Usuwanie wosku odbywa się za pomocą specjalnego żelazka i papieru, bądź rozpuszalników. Wreszcie suszenie. Różnobarwne, bawełniane tkaniny wieszane są na sznurach. Wynagrodzenie za nie, ich twórcy otrzymają w symbolicznej wysokości. „Prawdziwe” pieniądze pozostaną w kieszeni właściciela farbiarni i sklepu, do którego każdy gość trafia po obejrzeniu warsztatu.
 
Nieodłączny element programu, to Tamansari, dawny „zamek wodny” sułtana z XVIII wieku. Kompleks basenów, kanałów i łaźni. Uwagę koncentruje ten z basenów, który miał służyć wyłącznie kobietom. Ten, na który widok z okna swojego apartamentu posiadał wyłącznie sułtan. Kokieteryjne zachowanie, kobiece igraszki miały na celu wybór partnerek i towarzyszenie władcy przy późniejszym „obmywaniu ciała”, w jednym z kameralnych pomieszczeń. Dziś dawny ogród rekreacji rodziny sułtańskiej poddawany powolnej renowacji znowu żyje. Właśnie dzięki ciekawości turystów, miłośników archeologii i historii techniki. Historie o tym jak to system kanałów łączył Tamansari z Kratonem, czy o podziemnych łącznikach stanowiących schron dla sułtana przed przeciwnikami, są magnesem całych grup. Gotowe są również legendy o kanałach, które miały łączyć sułtański park wodny z Oceanem Indyjskim.

Tamansari daje obecnie jedynie możliwość krótkiego odpoczynku, ale bez udziału wody. Kąpiele w tym miejscu to na razie przeszłość. Dobrze przysiąść, gdy w perspektywie zakupy, nie koniecznie żywych zwierząt na pobliskim targu ptaków.
 
Wyroby ze srebra stanowią obok batiku podstawowy wyróżnik Dżogdżakarty. Warsztaty srebra, otwarte na potencjalnych nabywców kuszą nie tylko cenami, ale również możliwością obejrzenia całego procesu powstawania precyzyjnych wisiorków, albo dzieł sztuki w rodzaju świątynia Prambanan, czy Borobudur, wiernie odwzorowane w detalach. Miłe, elegancko ubrane panie chętnie opisują to, co określony mistrz sztuki złotniczej robi. Od wytapiania cennego kruszcu, po biżuterię, ozdoby, rzeźby. A potem zaproszenie do luksusowego sklepu, jednego z droższych w okolicy. „Tom’s Silver” ceni się na lokalnym rynku, choć liczne, tańsze warsztaty w zupełności dorównują mu jakością.
 
Na głównej ulicy – Malioboro, świetlna reklama papierosów „marlboro”, przywraca na chwilę witalność, bo sugeruje ochrzczenie ulicy nazwą używki…

Ciąg dalszy wyprawy na Jawę

Wiecej reportaży Darka Strzeleckiego

 

Testimonials

Hi there from sunny Brunswick Heads, Australia

Have had a successful change to Alaska in '09 through your site and have another arranged for Nova Scotia later this year. Plus I am hosting someone from Reunion Island in April - all through your free site. Excellent!

More testimonials

new members