• Home Exchange
  • Vacation Rentals
  • B&B

Choose from over 15 000 listings worldwide! Join our worldwide network today!

 

Wyprawa na Jawę
- część trzecia -

Reported by Darek Strzelecki© All rights reserved.

Trasa Bandung - Dżogdżakarta

Z „Paryża Jawy”, albo „Miasta Kwiatów” – Bandungu około sześciu, siedmiu godzin jazdy do Dżogdżakarty. Nieco ponad czterysta kilometrów. Pogranicze Jawy Zachodniej i Środkowej z autokaru. I wizyta w stworzonej dla turystów, wsi Naga. Żywym skansenie. Nienaturalny tu porządek, a ludzie żyją lepiej, niż gdzie indziej. Jakby bardziej zadbani. Przy domu odpowiednika rodzimego sołtysa, można nawet uderzyć w wielki bęben alarmowy, służący w jawajskich siołach jako syrena, dzwon, sygnał do ewakuacji. Przybysze wydają się być zdumieni, czasem współczujący, gdy scenki w rodzaju karmienie piersią przez dziewczynki. Nieśmiałe, dyskretne zapytanie o wiek młodych mam i ojców, potwierdza przypuszczenia. Aktorzy tego swoistego obrazka, dzieci i rodzice, mogliby być rodzeństwem. W ciszy obserwujemy te „właściwe” dzieci, męczące już pozbawionego kolca, bezbronnego, jeszcze żywego skorpiona…

Za granicą prowincji Jawa Zachodnia i Jawa Środkowa, przebiegającej na rzece Tanduy, kolejna przerwa. Przy poletku uprawianym przez brodzącego w błocie wieśniaka i ciagnącego radło bawoła. Za pozowanie do zdjęcia, zapłata towarem. Paczka kupionych, elegancko zapakowanych „Djarumów”, czy „Garamów” od każdego, wystarczy.

Włóczęga po prowincjonalnym bazarze. Jedyna w swoim rodzaju gratka. Tu nic nie jest zaplanowane, tu nie ma gry. Biali przybysze dostarczają miejscowym uciechy. „Do you like chicken?” – wesoły mężczyzna usiłuje wręczyć przybyszom dwie żywe kury, szarpiąc je za nogi. W pobliżu domorosły muzyk gra prostą melodię na mini gitarze, obchodząc sprzedających.

Targowisko trzeba zobaczyć. Miejsce, gdzie mięso oblepione przez żądne krwi owady, gdzie zgnieciony w siatkach albo trzymany za nogi głowami w dół jeszcze żywy drób, gdzie miniaturowe króliki w zbyt małych klatkach, a żywe ryby trzymane w olbrzymich foliowych workach, wypełnionych do połowy wodą…. I gwarek, gadający ptak, perfekcyjnie powtarzający arabskie powitanie „salam aleikom”, oraz kilka miejscowych słów, za zachwalającym „towar” sprzedawcą. O dumnym pojęciu humanitaryzm w stosunku do zwierząt, tutaj należy zapomnieć.

Hitem dla białych przybyszów są ciężkie, kamienne misy z tłuczkiem do rozdrabniania ziarna. W wodę i żywność lepiej jednak zaopatrzyć się w jakimś „normalnym” sklepie.

Pokusa na świeże owoce. Wydaje się, że nic ponad egzotyczną kiść bananów prosto z drzewa, i durian….
Dalsza podróż autokarem staje się nieco przykra. Oto jakby z podziemi, kolonie olbrzymich mrówek, które gdzieś w części konara kupionego bananowca miały swoje gniazdo. Również nieznany  wcześniej jawajski przysmak, kolczasty durian, okazuje się nieprzyjemnym owocem o cebulowo – czosnkowym smaku i zapachu. Tak, czy inaczej, bazar pozostawi po sobie ślad w pamięci.

Równikowa ulewa. Powietrze staje się nadzwyczaj rześkie. Otaczająca szosę dżungla odżywa. Ślimaczym tempem autokar dociera do podtopionej wsi. Tu woda, jak w wezbranym nurcie, przelewa się ponad wysokie, czarno–białe krawężniki i w błyskawicznym tempie łączy się z kałużami na poboczu, tworząc gigantyczne rozlewisko. Wokół tranzytowej drogi grupki rozbawionej żywiołem miejscowej młodzieży. Są popisy jazdy na jednośladach i płatne usługi wypychania zanurzonych po osie pojazdów. Wycieraczki autokaru też nie do końca dają radę z deszczową nawałnicą. Jazda prawie po omacku. Za wsią, gdzie nie ma już krawężników, dużo lepiej. Woda odpływa gdzieś w doliny soczystej zieleni pól ryżowych. Teoretycznie można przyspieszyć. Maksymalnie do 70 kilometrów na godzinę. Trudno jednak o taką prędkość.

Pobudka na wysokości 640 metrów nad poziomem morza w zupełnie pustym Queen Garden Hotel w Baturaden wydaje się czymś nadzwyczajnym. Bezkresne zielone ogrody, poranny hałas ptaków, orzeźwiający chłód, wschód Słońca…. I Gunung Slamet, czynny wulkan osiągający prawie trzy i pół tysiąca metrów. To nie sen. To jawa. Dosłownie i w przenośni.

Kręta, górska szosa do rezerwatu „Płaskowyż Dieng” na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza. Na jednej z serpentyn, zatoka do parkowania z widokiem. Panorama kilkunastu kilometrów. Uprawy tytoniu, ryżowe tarasy, odległe miejscowości. Gdy chwilowo nie słychać wyjących ciężarówek, daje się słyszeć z odległej wsi wołanie, śpiew z głośników meczetu - „Allah jest wielki”…

Upalny dzień w archeologicznym rezerwacie, wśród pozostałości kompleksu najstarszych hinduistycznych świątyń na terenie Jawy, z XVIII i IX wieku, z okresu, gdy hinduizm stanowił dominującą religię, nie daje w pełni odczuć ich wielkości i wspaniałości. Etymologia słowa”Dieng”, wskazuje, że niegdyś było to miejsce zamieszkania bogów. Stało tu przecież około czterystu świątyń. Gdzie jednak byli, gdy miejsca ich kultu niszczyły erupcje wulkanu Sundoro? Dziś osiem zakonserwowanych zabytków, poświęconych różnym bohaterom najbardziej obszernego poematu epickiego – Mahabharaty, jakby mniej odwiedzane. Tłoczno za to nieopodal bijących z ziemi wrzących strumieni wodnych i bulgoczących błotnych kałuż.

Droga z Baturaden do świątyni Borobudur to prawie dwustukilometrowy odcinek. Niełatwy. A jeszcze do tego demonstrujący sympatycy partii politycznych w nadchodzących wyborach. Kolorowe pojazdy jadą w przeciwnym do naszego kierunku. Wymuszają postoje. Najpierw demokraci. Czerwone ubrania, opaski na głowach, samochody, dziesiątki skuterów, flagi, wstęgi. Trąbią, bębnią, klaszczą, skaczą, tryumfują. Część podróżuje na dachach samochodów. Pukają w okna, uderzają w dach autokaru, prawie wchodzą przez szyby. Głównie żywiołowa młodzież. Kilometr za nimi zieloni. Sympatycy państwa islamskiego, kraju wyznaniowego. Ktoś w autokarze pokazuje wykrzykującej grupie młodych islamistów kciuka skierowanego w górę. Błąd. Lecą w naszym kierunku egzotyczne owoce i jaja. Erwan nakazuje zrobienie z palców kółka – liczbę 0. To numer zielonych w kampanii. Skutkuje. Kolejne obładowane ludźmi ciężarówki to partia o barwach niebieskich. Jeszcze biali. Wszyscy szczęśliwi, weseli, pełni energii, nadziei. Skandują hasła za kimś z megafonem. Jest głośno, jest barwnie, jest wesoło. Jakby już swoje wygrali.

Ciąg dalszy wyprawy na Jawę

Wiecej reportaży Darka Strzeleckiego

 

Testimonials

Hi there from sunny Brunswick Heads, Australia

Have had a successful change to Alaska in '09 through your site and have another arranged for Nova Scotia later this year. Plus I am hosting someone from Reunion Island in April - all through your free site. Excellent!

More testimonials

new members